treść
author
Aleszumm - publicystyka społeczno - polityczna
494 postów | 7 komentarzy | 161777 odsłon
PASZKWILE NA POLSKĘ
Polska
Dodany: 2017-07-15 20:56

NIKCZEMNOŚCI I BREDNIE WYPISUJE MICHNIK W ŻYDOWSKIEJ GAZECIE

PASZKWILE NA POLSKĘ

OHYDNE PORÓWNANIA MICHNIKA - POLSKA TO LADACZNICA

NIKCZEMNOŚCI I BREDNIE WYPISUJE MICHNIK W ŻYDOWSKIEJ GAZECIE

ADAM MICHNIK STRAŻNIK UKŁADU  NAJWIĘKSZY POLSKI FASZYSTA

 

Ohydne porównanie Michnika: Polska jak ladacznica, wyborcy PiS – łajdacy

Jak daleko można się posunąć, by zaatakować rząd Prawa i Sprawiedliwości? Nowe granice wyznaczył właśnie Adam Michnik. Redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” w wywiadzie dla portalu wp.pl, nie tylko po raz kolejny atakuje Jarosława Kaczyńskiego, ale atakuje również Polaków, którzy wybierając PiS okazali się... łajdakami.

– Kaczyński to nieszczęście dla Polski. Kaczyński to polski putinista czystej krwi – oznajmił już w pierwszych słowach wywiadu Adam Michnik.

Prowadząca rozmowę zwróciła uwagę, że między Putinem a Kaczyńskim jest podstawowa różnica – w Rosji wybory od lat są fałszowane, a Polacy sami wybrali Prawo i Sprawiedliwość. Co na to Michnik?

Bywa, że piękna kobieta zapomni się i odda się na krótko jakiemuś łajdakowi. A potem trzeźwieje i wszystko wraca do normy. I ja wierzę, że Polska wytrzeźwieje. Mieliśmy rzeczywiście moment załamania zbiorowej świadomości i tożsamości zdegradowanej klasy. Karol Marks mówił, że „kobiecie i narodowi nie daruje się tej jednej chwili, kiedy ulega i poddaje się łajdakowi”. Dzisiaj tracimy bardzo dużo za ten moment etycznej i intelektualnej nieuwagi  – uznał naczelny „Wyborczej”.

Adam Michnik, dokonał też osobliwego porównania, mówiąc o liderze obecnej opozycji, który zintegruje środowisko przeciwko rządom Beaty Szydło.

Nikt przed sierpniem 1980 roku nie wiedział, kto to jest Wałęsa – ja go znałem, bo byłem w KOR-ze. W ciągu tygodnia stał się symbolem dla całego świata. A kto wiedział przed KOD-em o istnieniu Mateusza Kijowskiego?  – zapytał Michnik.

 

BANDERYZM ŻYDOWSKIEJ GAZETY

 

Przyjęcie uchwały to ze strony polskich parlamentarzystów demonstracja głupoty, szowinizmu i podłości. Było to splunięcie w twarz ukraińskiej demokracji, ukraińskim – często propolskim – patriotom – pisze Adam Michnik na łamach swojej gazety. O czym pisze? O uchwale Sejmu w sprawie ukraińskiego ludobójstwa na Kresach.

Większej bredni dawno nikt w naszym kraju nie opowiadał. Uchwała po raz pierwszy w dokumencie urzędowym nazywa rzecz po imieniu. Na Kresach doszło do straszliwego ludobójstwa. Ludobójstwa tego dokonali w latach 1939–1947 Ukraińcy z OUN i UPA. I to jest fakt niezaprzeczalny. To jest prawda. O tym właśnie uchwała mówi. Nikt rozsądny tego faktu nie podważa. Ale dla Michnika mówienie prawdy, pokazywanie faktów, to demonstracja głupoty, szowinizmu i podłości. Ileż trzeba mieć w sobie tupetu i łajdactwa, by wypisywać takie nikczemności. Nic dziwnego, że wielki polski poeta Zbigniew Herbert mówił o Michniku: Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek złej woli, kłamca. Oszust intelektualny. Chciałoby się powiedzieć: nic dodać, nic ująć, ale można napisać kilka prac doktorskich, które by wykazały, jak wiele szkód poczynił Michnik w III RP, zakłamując rzeczywistość. Nie mamy na to jednak tutaj ani czasu, ani miejsca.

Ostatnio popularyzował Michnik także postać Jurija Szuchewycza, ukraińskiego deputowanego, syna jednego z największych oprawców, głównego dowódcy UPA, Romana Szuchewycza, nazywając go ukraińskim patriotą. A oto co ten „patriota” wygaduje: Na czym, jeśli nie na UPA, mamy budować nasz patriotyzm? A więc ukraiński patriotyzm buduje się na UPA. A UPA to zbrodnie, obcinanie polskim kobietom piersi, wypalanie i wydłubywanie oczu i rozpruwanie brzuchów. A więc krew, cierpienia, łzy i śmierć. I na polskiej krwi, łzach, cierpieniach i śmierci buduje się ukraiński patriotyzm. I tym się chwali syn kata Polaków z Kresów. A gazeta, która go popularyzuje, ani się nie zająknie, by spytać, dlaczego Ukraina nie znajdzie godnych bohaterów, choćby takich, którzy ratowali mordowanych sąsiadów. A było ich bardzo dużo, tysiące. I to o nich powinny powstawać książki, filmy, obrazy. Ich nazwiska winny być wymawiane z dumą i czcią. A czci się na Ukrainie morderców i ludobójców. Uchwała polskiego Sejmu mogła się stać dla Ukrainy znakomitą okazją do zweryfikowania swojej polityki historycznej, do wejścia na drogę prawdy. Ale ukraińskie elity wciąż nie chcą udźwignąć tej prawdy, boją się jej, uciekają przed nią. I okłamują własny naród, tak, jak czyni to Juryj Szuchewycz. I to jest wielki problem, nie tylko polityczny, ale i moralny, bo naród ukraiński wychowuje się w duchu kłamstwa, oszustw i manipulacji. Młode pokolenie nie wie, że Bandera, Szuchewycz, Kłaczkiwski, Łebed’ i inni przywódcy OUN i UPA to najwięksi mordercy i zbrodniarze. I powinni być osądzeni jako kaci swoich polskich sąsiadów.

Ukraińscy politycy, a za nimi ukraińskie elity kulturalne uciekają od odpowiedzialności. Nieraz ta ucieczka ma groteskowy charakter, choćby taki, jak groźba ustanowienia dni pamięci, jak powiadają, ofiar polskich zbrodni. Właśnie grupa ukraińskich polityków i intelektualistów, na czele z byłym prezydentem Krawczukiem, wystąpiła z apelem do swojego parlamentu, by zajął się „polskimi zbrodniami”. Schizofreniczny zabieg. Zamiast po męsku stanąć w obliczu upowskiej zbrodni, nazwać ją po imieniu i oczyścić się od krwawej przeszłości, ukraińscy politycy i intelektualiści za wszelką cenę uciekają przed własną historią, zamazują ją, przemilczają, wypaczają, myśląc, że w ten sposób uwolnią się od krwawych widm. Nie, nie uwolnią się. Co gorsza, spychają problem na nowe pokolenia, na barki swoich wnuków i prawnuków. To typowo tchórzowska postawa. Za kilkanaście albo kilkadziesiąt lat ich dalecy wnukowie, burząc pomniki Bandery, będą się wstydzić za swoich przodków. Ale to nieuchronne, skoro taki dar przerzucają na barki kolejnych pokoleń mędrcy współczesnej Ukrainy.

Słusznie poseł M. Dworczyk oburza się: To pokazuje prawdziwą twarz nacjonalizmu ukraińskiego. Ale cóż, złej woli po stronie ukraińskiej nie brakuje. Ambasador ukraiński w Warszawie Andrij Deszczycia widzi naturalnie, a jakże by inaczej, że Polaków popychają do konfliktu z Ukraińcami rosyjskie służby. I naturalnie, każdy, kto się wypowie źle o Banderze i banderowcach, jest, ma się rozumieć, ukraińskim agentem. Polityczna paranoja nie ma granic. Na tym tle warto zacytować słowa polskiego dyplomaty, byłego zastępcy ambasadora w Mińsku, Marka Bućki, który w rozmowie z Aleksandrem Szychtem z Kresów.pl wyznaje: jeśli idziesz po Kijowie i rozmawiasz po polsku – zostaniesz pobity. Oto do czego prowadzi heroizacja zbrodniarzy, Bandery, Szuchewycza i innych. Ukraino, otrząśnij się!

 

PASZKWILE NA POLSKĘ

 

 Co się dzieje w „kulturze”? Stosuję cudzysłów, bo przecież takie wydarzenia, jak „Klątwa” czy „Malowany ptak” na to miano nie zasługują.  Od długiego czasu jesteśmy poddawani presji nie tylko w brutalnej polityce czy w zakłamanej historiografii, ale również w szeroko pojętej kulturze, która nosi znamiona biczowania nas w ramach „pedagogiki wstydu”. Jeśli coś jest nieprawdą, to tym gorzej dla prawdy. Liczy się tylko efekt i skuteczność. Piramida kłamstw Ponad dwadzieścia lat temu Israel Singer (wówczas sekretarz Światowego Kongresu Żydów) rzucił znamienne słowa: „Więcej niż 3 mln Żydów zginęło w Polsce i Polacy nie będą spadkobiercami polskich Żydów. Nigdy na to nie zezwolimy. Będziemy nękać ich tak długo, dopóki Polska się znów nie pokryje lodem. Jeżeli Polska nie zaspokoi żydowskich żądań, będzie publicznie poniżana i atakowana na forum międzynarodowym”. Nawet, jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. W tym przypadku – o ogromne pieniądze (65 mld dolarów), oczekiwane od nas za tzw. mienie bezspadkowe. Co to znaczy, że mamy pokryć się lodem? To oczywiście przenośnia, ale to groźba, że zostaniemy zamienieni w pustynię. Ta groźba to w istocie nic nowego, podobnie było i przed tą wypowiedzią prominentnego przedstawiciela światowej społeczności żydowskiej. Ale to była zapowiedź ogromnej eskalacji jadowitej propagandy i w istocie z nią mamy do czynienia. Opowieść „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego (w istocie był to Józef Lewinkopf, polskie nazwisko otrzymał wraz z fikcyjnym świadectwem chrztu, co dawało mu skuteczną szansę ratunku przed Niemcami) po raz pierwszy ukazała się w USA w 1965 r. (po angielsku). Istniała wówczas tzw. żelazna kurtyna, bardzo szczelnie oddzielająca olbrzymią większość Polaków od świata zachodniego, nic więc dziwnego, że w powszechnej świadomości wówczas nie zaistniała. Na Zachodzie stała się jednak „odkryciem” i pośpiesznie weszła do kanonu literatury holokaustu. Miała to być drastyczna autobiografia autora, który jakoby poddał literackiej obróbce swój własny życiorys, dziecka żydowskiego przechowywanego przez polskich chłopów. Gdy na jaw zaczęły wychodzić prawdziwe elementy jego wojennej biografii (wcale nie tak dramatyczne, jak utrzymywał, gdyż spędził ten czas we względnym dostatku i bezpiecznie), autor obracał to w żart i tłumaczył się swoistą fantazją. Blamaż Kosińskiego Pojawiało się jednak coraz więcej kontrowersji – Kosiński w okresie, kiedy opowieść powstawała, ledwo mówił po angielsku, nie posługiwał się literackim angielskim i jej autorem po prostu być nie mógł. W 1989 roku wyszło wydanie polskie „Malowanego ptaka” i ze zrozumiałych względów wywołało burzę. Drastyczna pornografia, obrzydliwe sceny rodem z kultury plemiennej, pustynnej (całkowicie nam przecież obcej) – wtedy jeszcze to nie mieściło się w głowie, że ktoś przypisze nam takie cechy. Należy dodać, że polska społeczność, wśród której Kosiński był przechowywany podczas niemieckiej okupacji, stale ryzykowała życiem. Przechowywanie żydowskiego chłopca było wtedy bohaterstwem. Rosnąca sława Kosińskiego spowodowała, że zaczęto mu się uważniej przyglądać. I stało się. Oskarżany o plagiaty, utracił członkostwo amerykańskiego Pen Clubu (którego był nawet przez jedną kadencję prezesem!), zaczął być powszechnie marginalizowany. Nie mógł sobie z tym poradzić, w 1991 roku odebrał sobie życie. Ale jego podstawowe „dzieło” nie poszło całkiem w zapomnienie… Rzetelne badania biografii Kosińskiego, przeprowadzone przez Joannę Siedlecką (autorkę demaskatorskiego „Czarnego ptasiora”, 1993 r.), pokazały zupełnie inny obraz jego życia pod okupacją i relacje z Polakami. Kosiński spędził tamte lata we względnym dostatku i bez zagrożenia. Wydawać by się mogło, że po latach zdobędzie się jednak na choć odrobinę wdzięczności, a nie wyłącznie na jadowite ataki na swych dobroczyńców. Do końca tkwił jednak w czarnej chorej legendzie, która była wytworem jego wyobraźni, w końcu przyniosła mu sławę i pieniądze. Za publiczne pieniądze Przez lata „Malowany ptak” był praktycznie zapomniany, tak jak i sam Kosiński. Trudno było bowiem z topornej fikcji tworzyć coś finezyjnego i rzetelnego. Ale do czasu. Oto mamy do czynienia z ponurym zjawiskiem – w ramach „wizji artystycznej” polski widz będzie epatowany drastyczną wizją nie tego, jak było, ale tego, jak nie było, aby się z nią oswoił i po raz kolejny dostosował się do poprawnej (to nic, że zakłamanej) wersji holokaustu. Teatr Polski z Poznania i Teatr Żydowski znalazły w „Malowanym ptaku” płaszczyznę… porozumienia, serwując nam koprodukcję. W marcu odbyła się jej premiera w Poznaniu, teraz „sztuka” wchodzi na scenę w Warszawie. Być może popędzone zostaną na owo przedstawienie wycieczki szkolne (taka praktyka była bowiem do niedawna), spolegliwe media zamieszczą entuzjastyczne ochy i achy, natomiast pospolity widz ma się po prostu zagubić w tym labiryncie kłamstw, gdzie prowadzić go będą, jak ociemniałego, ludzie szczególnego pokroju – samozwańcze autorytety i gwiazdeczki w ramach... „wolności sztuki”. To wszystko dzieje się za nasze pieniądze. Zarówno Teatr Polski w Poznaniu, jak i Teatr Żydowski nie są prywatnymi instytucjami, całkowicie od nas niezależnymi i mamy prawo wymagać przyzwoitości i protestować, jeśli na scenę przedostają się wynaturzenia. Jeśli „artysta” żąda od nas całkowitej wolności, to pierwszym warunkiem powinna być jego wolność od naszych pieniędzy, od funduszy państwowych i samorządowych. Dyrektor artystyczny Teatru Polskiego w Poznaniu i jego współpracownicy oraz wykonawcy mogą przecież samoistnie złożyć się na sfinansowanie takiego przedsięwzięcia. Mogą też zaciągnąć kredyty (np. we frankach), zastawić domy i samochody, gromadząc w ten sposób pokaźny „fundusz twórczy”. I powinni na zasadach komercyjnych wynająć spełniający ich wymagania obiekt teatralny, opłacić cały personel, zatrudnić aktorów, suflerów itp. Powinni też wnieść stosowne opłaty i podatki od przedsięwzięcia artystyczno-gospodarczego. Następnym krokiem powinna być kalkulacja ceny biletów wstępu, która pokryje wszelkie wydatki oraz – ma się rozumieć – przyniesie im godziwy zysk. Z oczywistych powodów będzie ona wysoka, ale przecież prawdziwa sztuka kosztów i ceny się nie boi. Wtedy można mówić o wolności sztuki. Kto zechce, ten pójdzie to oglądać, przy okazji zyska dodatkową satysfakcję, że robi to za własne pieniądze, nie jest sponsorowany przez nieświadomych tego podatników. Może się jednak tak zdarzyć, że cena rynkowa takiego przedsięwzięcia nie spotka się z entuzjazmem potencjalnych widzów i zareagują nogami, nie ruszając się z domu. Wtedy – być może – nastąpi po prostu plajta. Ale to będzie weryfikacja rynkowa takich wizji i oczekiwań, co będzie wynikać z faktu, że nie mamy ochoty płacić za to, że ktoś nas traktuje niepoważnie i usiłuje za wszelką cenę upokarzać. Powinien nastąpić wreszcie kres bezmyślnego finansowania wszystkiego, co na ogół na wyrost nazywane jest „kulturą”. Bo prawdziwa kultura weryfikacji się nie obawia. Czas na „dobrą zmianę” również w tym zakresie. Tu zmniejszanie i przemieszczanie środków nie wystarczy. Niech wreszcie teatry polskie będą nimi nie tylko z nazwy.

 

STEFAN MICHNIK BYŁ AGENTEM INFORMACJI WOJSKOWEJ

 

Stefan Michnik, jeden z najbardziej znanych PRL-owskich zbrodniarzy był agentem Informacji Wojskowej – ujawnia na łamach „Wprost” Piotr Gontarczyk, historyk Instytutu Pamięci Narodowej.

Stefan Michnik należy do najbardziej znanych żyjących zbrodniarzy stalinowskich. W latach 1951-1953 był sędzią Wojskowego Sądu Rejonowego. Wydawał wyroki w fingowanych procesach oficerów Wojska Polskiego i wysyłał na śmierć żołnierzy polskiego podziemia. Mało kto wie, że w tym samym czasie był agentem Informacji Wojskowej.

Stefan Michnik zgłosił się ochotniczo do wojska w 1949 r. Po założeniu munduru trafił do jeleniogórskiej szkoły prawniczej im. Teodora Duracza, przygotowującej młodych „sędziów" na potrzeby ludowego wojska. W szkole podchorąży Stefan Michnik otrzymywał bardzo dobre opinie przełożonych i funkcjonariuszy Informacji Wojskowej.

Uświadomienie polityczne przyszłego sędziego zostało docenione. Od tej pory miał on nie tylko czytać kolegom najnowsze doniesienia radzieckiej prasy, ale i… donosić na nich. 26 lutego 1950 r. ppor. Straczyński z Informacji Wojskowej złożył „raport o zawerbowanie" Stefana Michnika w charakterze rezydenta. 13 marca 1950 r. doszło do spotkania werbunkowego. W notatce służbowej ppor. Straczyński pisał: „W czasie trwania werbunku zauważyłem, iż [Michnik] mocno był przejęty prowadzoną rozmową i zobowiązanie pisał z dużą powagą". Wspomniany dokument zachował się do dziś: „Ja, Michnik Stefan (…) zobowiązuję się do współpracy z Organami Informacji Odrodzonego Wojska Polskiego, mając na celu wykrywanie szpiegów, sabotażystów, dywersantów i wszelkiego innego wrogiego elementu, działającego na szkodę Wojska Polskiego i ustroju Polski Ludowej. (…) Wszystkie polecenia dawane mi przez Oficera Informacji będę wypełniał sumiennie i na czas, a materiały dostarczane na piśmie będę podpisywał pseudonimem »Kazimierczak«. (Jelenia Góra, 13 marca 1950 r.)".

Michnikowi powierzono funkcję rezydenta, czyli osoby obsługującej agentów Informacji Wojskowej w macierzystej kompanii. To od nich Kazimierczak miał odbierać donosy przeznaczone dla IW i przez niego w drugą stronę miały płynąć polecenia. Początkowo Michnikowi przekazano na kontakt dwóch informatorów, potem kolejnych. W sumie w różnych okresach było ich sześciu: Romański, Hetke, Żywiec, Czarnuch, Zych i Złotowski. Zarówno w czasie nauki w szkole, jak i podczas późniejszej działalności agenturalnej Michnik nie ścigał żadnych szpiegów. Głównym obszarem zainteresowania jego siatki byli koledzy z wojska i sądu, domniemani i fikcyjni członkowie „tajnych organizacji". Osobiście Michnik brał udział w rozpracowaniu założonym na kolegę pochodzącego z dawnych kresów Rzeczypospolitej. Zapewne oddanie komunistom spowodowało, że przez pewien czas Kazimierczak był brany pod uwagę jako kandydat na studia prawnicze w „przodującym" w tym względzie ZSRR.

W szkole nie pracował dla IW zbyt długo, bo tylko 11 miesięcy. W lutym 1951 r. ukończył kurs i został skierowany do służby w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie. Poglądy poglądami, ale za agenturalną współpracę otrzymał wynagrodzenie - 1000 zł.

Dzięki pracy w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie Stefan Michnik przeszedł do historii. Nigdy nie ukończył studiów prawniczych, legitymując się jedynie dyplomem ukończenia ośmiomiesięcznego kursu w szkole im. Duracza, co jednak nie przeszkadzało mu w wysyłaniu ludzi na szafot. Działalność Michnika „po linii sądu" została dokładnie opisana w publikacjach historyka IPN z Wrocławia Krzysztofa Szwagrzyka. Ustalił on, że już dwa tygodnie po przybyciu do sądu Michnik podpisał pierwszy wyrok - na żołnierza Narodowego Zjednoczenia Wojskowego Stanisława Bronarskiego, który resztę życia miał spędzić w więzieniu. Potem Stefan Michnik wydał wiele wyroków w fingowanych procesach oficerów Wojska Polskiego, nazywanych sprawą TUN - od nazwisk gen. Stanisława Tatara, płk. Mariana Utnika i płk. Stanisława Nowickiego. 22 grudnia 1951 r. podpisał wyrok dożywotniego więzienia dla członka Delegatury Rządu RP na powiat płocki Bolesława Jędrzejewskiego, pseudonim Koral. Potem wydawał wyroki śmierci na żołnierzy polskiego podziemia. Na drugi dzień po wykonaniu jednego z nich, w kwietniu 1952 r., otrzymał awans na podporucznika. 10 października 1953 r. w mokotowskim więzieniu uczestniczył w egzekucji cichociemnego rotmistrza Andrzeja Czaykowskiego, ps. Garda.

W tym samym czasie w najlepsze trwała współpraca Michnika z Informacją Wojskową. Nie był już wówczas rezydentem, lecz szeregowym konfidentem dostarczającym informacje o kolegach z sądu. Jego oficerem prowadzącym był wówczas ppor. Piaskowski. Za swoje raporty Michnik dostał kolejne wynagrodzenie - 50 zł. W czerwcu 1953 r. współpracę z Kazimierczakiem przerwano, a jego teczkę przekazano do archiwum.

 

NIE MA IMMUNITETU NA ŁAJDACTWA

 

Zaczęło się zrazu niewinnie…jakby z przymrużeniem oka, najpierw pisano lekko o narodowych przywarach, z czasem padały coraz mocniejsze oskarżenia pod adresem polskich obyczajów, tradycji i chrześcijańskich korzeni, by wreszcie padły najmocniejsze oskarżenia, a pierwsze pięści III RP uderzyły się tak mocno w piersi, że usłyszano ten huk zarówno w Moskwie jak i w Berlinie. Równocześnie pierwsze wargi III RP orzekły, iż  jesteśmy  narodem sprawców…zbrodni. Cały  świat to usłyszał z ust Bronisława Komorowskiego (tak, tak, to te wargi, te pięści).  Jako zwykłe przecież uzupełnienie oczywistej wiedzy o polskim narodzie, pełnym - jak to doskonale wiadomo -antysemitów i nacjonalistów.

Na pierwszym froncie  likwidowania Polski i polskości od samego początku transformacji znajdował się organ Adama Michnika. Konsekwentnie i od wielu lat michnikowcy pracują nad tym, byśmy znienawidzili najcenniejsze cechy narodowe, cechy polskiego ducha oraz robią wszystko, by zohydzić Polakom ich największych bohaterów, m.in. żołnierzy Armii Krajowej, których opluwał swego czasu w ,,Wybiórczej” Michał Cichy. Tutaj też padały najgorsze oskarżenia pod adresem polskiego narodu. Celował w tych obelgach Jan Tomasz Gross.  Z czasem jednak obrażanie Polaków i wyśmiewanie polskiego ducha  przestało wystarczać propagandzistom Wybiórczej. Przeszli do etapu myślenia o fizycznej likwidacji ,,wrogów”. Pod płaszczykiem walki z faszyzmem. Co za paradoks, by do tej walki z faszyzmem wzywać Niemców. To już naprawdę trzeba mieć zupełnie coś nie po kolei w głowie, by namawiać i wyprawiać przeciwko swoim rodakom niemieckich lewaków-bandytów.  Panie Blumsztajn, ach, szkoda słów...

Działalność najgorszego autoramentu lewactwa przyniosła już nadspodziewanie zatrute owoce. Oto niepostrzeżenie stało się tak, że niemal wszystko, co symbolizuje polskość, można opluć, zniesławić, zhańbić.  A polski(?! )nauczyciel w organie Michnika wzywa do ostrożności i lewackiej czujności, gdy ktoś odważy się powiedzieć, że jest dumny  z tego, iż jest Polakiem. Najgłupsze i najbardziej wstydliwe nawet słowa nie budzą już żadnego odruchu sprzeciwu w zmętnianych i ogłupiałych od lewackiej i antypolskiej propagandy głowach przedstawicieli POlactwa (świetny termin Ziemkiewicza, doskonale opisujący spustoszenia w głowach Polaków, głosujących na platformersów, lewaków i palikociarstwo). I nawet dumny Marsz Niepodległości staje się polem walki idiotów i niemieckich  bandytów z ludźmi ubranymi w stroje z elementami barw narodowych lub trzymającymi narodową flagę.  Przyznam, że to szczególnie bolesna lekcja dla naszego narodu.

I tak oto na naszych oczach likwidują nam Polskę, a my jak te bezwolne barany pozwalamy im na to.  Zapominają jednak o tym najważniejszym, że -  jak napisała kiedyś Maria Dąbrowska - nie ma immunitetu od łajdactwa. I przyjdzie czas,  że naród o tym  przypomni. I upomni się też o swoje prawa. Upomni się?

 

ADAM MICHNIK STRAŻNIK UKŁADU  NAJWIĘKSZY POLSKI FASZYSTA

ADAM MICHNIK, STRAŻNIK UKŁADU, NAJWIĘKSZY FASZYSTA W POLSCE -

POLITYCZNI I MEDIALNI GANGSTERZY ODCIĘCI OD WLADZY NIE COFNĄ SIĘ PRZED NICZYM ŻEBY JĄ ODZYSKAĆ

 

 Z Ewą Stankiewicz - dziennikarką, reżyserem, prezesem Stowarzyszenia Solidarni 2010, prozatorką, m.in. scenografem i reżyserem  filmu "Krzyż", współzałożycielką Ruchu Kontroli Wyborów, na łamach "Warszawskiej Gazety" ; nr 52 z 23 - 30 grudnia 2015 r. rozmawiała  Aldona Zaorska.

 

Aldona Zaorska. Jak Pani ocenia obecną histerię, z jaką mamy do czynienia w Polsce? Naprawdę demokracja jest zagrożona? Czy raczej przeciwnie - zagrożone są interesy wąskiej grupki ludzi poprzedniego układu politycznego?

 

Ewa Stankiewicz. Myślę, że jest to raczej próba przeprowadzenia przez komunistów i gangsterski układ III RP, drenujący od lat Polskę, typowego puczu pod hasłem demokracji. Przecież fakt, że większość w Sejmie ma dzisiaj Prawo i Sprawiedliwość, to właśnie przejaw demokracji - ludzie w wolnych, nieskrępowanych wyborach wskazali  komu ufają i komu powierzają mandat do sprawowania władzy . I ta decyzja społeczeństwa jest dzisiaj bardzo atakowana!

Nawiasem mówiąc te wybory były wolne, ale nie wolne od fałszu!

Solidarni 2010 opublikują już wkrótce raport z ich przebiegu. Szczegółowa analiza statystyczna wskazuje, że wynik wyborczy Prawa i Sprawiedliwości był najprawdopodobniej jeszcze o kilka procent wyższy od oficjalnie podanego.

 

A.Z. To dlaczego opublikowano właśnie takie dane, jakie poznali Polacy?

 

E.S. W Polsce jest bardzo mocno ugruntowana "tradycja" fałszerstw wyborczych. Jednak dzięki coraz większej kontroli społecznej tych wyborów, pomimo licznych wysiłków nie udało się zafałszować ich na tyle, by odwrócić decyzję społeczeństwa. Dlatego to z czym mamy teraz do czynienia, te wszystkie KOD - y, mainstreamowe lamenty i występy, to po prostu krzyk, przepraszam za wyrażenie "trzody" odrywanej od koryta. Przykłady można mnożyć, zaczynając od słynnego ostatnio Trybunału Konstytucyjnego. Sędzia Andrzej Rzepliński wcale nie reprezentuje prawa. On łamie prawo. To co robi, to klasyczne zawłaszczanie władzy - przecież to on razem z Tuleją i Biernatem napisał ustawę , którą w czerwcu przepchnął przez Sejm Komorowski. W tej ustawie przygotowuje się obalenie wybranego dosłownie kilka dni wcześniej nowego prezydenta. Napisana przez sędziów poszerzających swoją własną władzę, ustawa o Trybunale Konstytucyjnym jest tworem powstałym wbrew Konstytucji. Konstytucja limituje zakres działania TK. To wtedy doszło do próby zamachu stanu, nie teraz.

 

A.Z. Czyli to Platforma Obywatelska jest odpowiedzialna za naruszanie Konstytucji, łamanie prawa i faktyczne przeniesienie ciężaru władzy z Parlamentu i prezydenta na Trybunał, powołany zresztą do istnienia przez Wojciecha Jaruzelskiego w celu usankcjonowania bezprawnie wprowadzonego stanu wojennego?

 

E.S. Nie chodzi o przeniesienie ciężaru władzy, bo TK nie jest władzą, nie ma do niej prawa. Chodzi o to, że właśnie za sprawą tej zmiany przepchniętej kolanem przez Platformę, Trybunał próbuje to zrobić - próbuje stać się władzą. Trybunał to nie jest sąd. On nie ma kompetencji sądu. Tym samym wymuszanie traktowania go i jak sądu i jako władzy jest de facto próbą zamachu stanu.

 Z jednej strony ma się on dokonać rękami takich sędziów jak Rzepliński, Tuleja, Biernat, czy Wróbel, przy pomocy niezlustrowanej korporacji prawniczej, będącej źródłem niesamowitej korupcji w wymiarze sprawiedliwości, a z drugiej - przy pomocy usłużnych mediów, takich jak "Gazeta Wyborcza" i kreowanie ruchów ulicznych typu Komitet Obrony Demokracji (KOD) - pod hasłami wprowadzającymi ludzi w błąd. Wszystko razem wzięte jest żałosne - postkomuniści  i te "syte koty" transformacji - ludzie, którzy przez tyle lat okradali społeczeństwo, wychodzą dzisiaj protestować, bo grozi im utrata parasola ochronnego nad ich gangsterską działalnością. Widok Romana Giertycha  podskakującego wraz z tym towarzystwem i grupa ogłupiałych ludzi "wyhodowanych" przez "Gazetę Wyborczą" jest po prosu żenujący.

 

A.Z. Ale w mediach pokazywani są inaczej. Myśli Pani, iż społeczeństwo nie da się nabrać?

 

E.S. Tak właśnie uważam - społeczeństwo przecież pokazało czerwoną kartkę układowi reprezentowanemu przez Michnika i Petru. Michnik co prawda odchodzi już do lamusa, ale media, takie jak "Gazeta Wyborcza", czy TVN usiłują wciąż manipulować społeczeństwem i mamy festiwal propagandy.

 

A.Z. A propos Michnika - nazwała go Pani największym faszysta w Polsce...

 

 E.S. Nazwałam i podtrzymuję tę opinię. Nazwałam go faszystą, bo jeżeli traktować faszyzm jako ekstremę, która wyklucza jakąś część społeczeństwa z prawa do równego traktowania, upokarza ludzi przy pomocy bardzo brutalnych metod podżegających do nienawiści za pomocą kłamstwa i propagandy, to największym, najbardziej krzywdzącym społeczeństwo i życie publiczne w Polsce  jest Adam Michnik.

 

A.Z. Michnik stosuje myślenie na zasadzie - demokracja jest dla nas i dla tych, którzy myślą tak jak my?

 

E.S. Nie tylko o to chodzi. Chodzi przede wszystkim o próby odczłowieczenia przez niego całej części społeczeństwa. Przecież to jest człowiek, który zasiał taką nienawiść w Polsce i tak zatruł umysły ludzi, szczując na siebie całe grupy społeczne w naszym kraju, że powinien za to stanąć przed sądem.

W końcu mowa nienawiści, podżeganie do nienawiści są karalne.

 

A.Z. Może powód jest bardziej przyziemny i chodzi mu tylko o kasę, którą właśnie traci? Przecież zmiana władzy to dla Agory, dla "Gazety Wyborczej" utrata paru milionów z prenumerat i publicznych ogłoszeń...

 

E.S. Oczywiście, że w tych wszystkich "protestach" i działalności Adama Michnika w istocie chodzi o wielkie pieniądze, utracone źródło drenażu kasy państwowej. "Gazeta Wyborcza" wbrew naszej woli przez lata żywiła się z naszych pieniędzy, otrzymując naprawdę gigantyczne kwoty. Natomiast Michnikowi nie tylko o kasę chodzi. Moim zdaniem jemu chodziło zawsze o rząd dusz i nie może tego ścierpieć, że go utracił. On i jego cyngle. To bardziej go boli niż utrata pieniędzy. Moim zdaniem może tu być scena  manifestacji pod siedzibą Agory na Czerskiej, kiedy 13 grudnia ludzie przyszli pod "Gazetę Wyborczą" protestować przeciwko kłamstwu, propagandzie i nienawiści, jakie on uprawia i stanęli naprzeciw kordonu policji, który odgradzał ten bogaty budynek od protestujących.

A za plecami  policji stała garstka ludzi "Wyborczej", schowanych za policyjnym kordonem i ogromnej mocy zagłuszarką (sic!). To upominające się podobno o demokrację medium nie miało ochoty słuchać głosu ludu.

Zagłuszarka ryczała na cały regulator nagrane wcześniej (!) hasła, skandowania oraz piosenki Jacka Kaczmarskiego (wątpię, czy podobałoby mu się śpiewanie w tych okolicznościach, ale "Gazeta" skrupułów nie miała).

Reprezentująca establishment "najedzona" do granic wytrzymałości "Wyborcza", otoczona policyjną ochroną, zagłuszająca ludzi puszczanymi  przez megafony nagrania,  zza pleców policjantów chciała nagranymi głosami zagłuszyć głosy prawdziwe.

Główni propagandyści nie mieli odwagi by stanąć z ludźmi twarzą w twarz. Moim zdaniem ten obraz mówił wszystko - kto jest kim, po której stronie stoi i kogo reprezentuje.

 

A.Z. A jak Pani ocenia taką sytuację, że dziennikarze "Gazety Wyborczej" wypisują komentarze do niemieckich gazet, a potem te gazety grzmią o "zamachu stanu w Polsce"?

 

E.S. Jeżeli chodzi o "Wyborczą", to tradycja donosu do reżimowych władz na kolegów jest tam dość mocno zakorzeniona, a jej autorzy cenieni. To są zwykli donosiciele którzy nie zawahają się - tak jak kiedyś targowiczanie - poprosić o zewnętrzną pomoc w walce o władzę w P

Średnia ocena 0.00 (0 głosy)
Poleć do artykułu miesiąca
PRZECZYTAJ TAKŻE
Polska
Smok Eustachy
2017-08-14
0
Polska
Smok Eustachy
2017-08-14
0
KOMENTARZE
Dołącz film z YouTbue do komentarza:
- nikt jeszcze nie komentował artykułu -

Strony Patriotyczne<
Ewa Stankiewicz - wspierajmy wolne media. Chodźcie z nami!
Witamy-w-Polsce.pl - polityka, filmy, zdjęcia
Archiwum postów
2017 - SIERPIEŃ
Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
 
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31
Aby wykonać tą akcję musisz się zalogować
Email:
Hasło:
Załóż nowe konto Przypomnij hasło